Olgierd JAXA

Thrillery osadzone w twardych realiach

← Powrót do listy książek

Smotr

Cykl „Eryk Gryń” — tom 4

Opis

Czwarta część przygód majora Eryka Gryń. Kontynuacja tomu "Dobry Pies".

Główny bohater, Jacek Wróbel, przestaje być uciekinierem szukającym sprawiedliwości, a staje się elementem większej machiny – przynętą, świadkiem i w końcu „martwym" agentem w rękach służb. Dla służb jest terrorystą. Dla Rosjan — zbędnym świadkiem. Dla matki — kłopotem, przez który bolą ją stawy. Jacek Wróbel ucieka przez Niemcy bez pieniędzy, bez dokumentów, bez szans — i z kartą pamięci, na której zapisał wszystko, co robił dla ludzi, których nigdy nie poznał. Trzy siły ścigają go jednocześnie. Każda ma inne plany. Żadna nie zamierza mu powiedzieć jakie. Książka to zimne, precyzyjne studium ucieczki i instytucjonalnej inżynierii, które nie szuka sensacyjnych zwrotów, lecz buduje napięcie na logice procedur, kontroli narracji i ludzkiej podatności.Książka tylko dla czytelników 18+.

Informacje o książce

Liczba stron
220
ISBN
978-83-8455-174-5

Spis treści

  1. Rozdział 1: Ucieczka
  2. Rozdział 2: Sukces
  3. Rozdział 3: Tarczka
  4. Rozdział 4: Matka
  5. Rozdział 5: Samira
  6. Rozdział 6: Obława
  7. Rozdział 7: Pies jest głodny
  8. Rozdział 8: Bitcoiny
  9. Rozdział 9: Pogoń
  10. Rozdział 10: Siatka
  11. Rozdział 11: Agron
  12. Rozdział 12: Befehl ist Befehl
  13. Rozdział 13: Psy gończe
  14. Rozdział 14: Smotr2
  15. Rozdział 15: Andrzej
  16. Rozdział 16: Czekanie
  17. Rozdział 17: Szczęśliwy szczeniak
  18. Rozdział 18: Mimikra
  19. Rozdział 19: Szczur w norze
  20. Rozdział 20: Go-go
  21. Rozdział 21: Przynęta
  22. Rozdział 22: Plan
  23. Rozdział 23: Konwój
  24. Rozdział 24: ROD
  25. Rozdział 25: Martwy
  26. Od autora

Darmowe rozdziały

Rozdział 1: Ucieczka

Sobota, 27 kwietnia 2024, godzina 17:15.

Droga na Kudowę-Zdrój ciągnęła się przed nim - wąska, kręta, wijąca się między górami.

Jacek jechał przez kotlinę, ściskając kierownicę tak mocno, że knykcie mu pobielały. Za oknem przesuwały się lasy i wioski.

Morderca. Bo tak będą go nazywać. Nawet jeśli to piwo ją zabiło, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że został wrobiony - dla policji, dla prokuratury, dla mediów będzie mordercą. Mężczyzną, który odurzył prostytutkę i dał jej śmiertelną dawkę narkotyku. Zboczeniec, który chciał odurzyć dziwkę, żeby zrobić coś, na co nie chciała się zgodzić.

Wszędzie są jego odciski. Na drzwiach. Na szklankach. Na jej ciele.

Radio milczało - Jacek bał się je włączyć. Włączył CB i zaczął skanować kanały.

- ...korki za Polanicą...

- ...słyszałem, że szukają jakiegoś gościa, podobno kogoś zamordował w Kłodzku...

Jacek zamarł.

- ...mówili, że biały bus, Renault czy coś takiego...

- ...blokada na przejściu w Kudowie, sprawdzają wszystkie samochody...

- ...podobno zamknęli granicę, nikogo nie przepuszczają...

Zamknęli granicę.

Kudowa odpada. Przejście graniczne zamknięte. Boboszów, Tłumaczów też.

Ale były inne drogi. Drogi, których nie było na głównych mapach.

Góry Stołowe.

Jacek spojrzał na drogowskaz. Karłów - 15 km. Błędne Skały - 20 km. Szczyt Narożnik - 18 km.

Park narodowy - tysiące hektarów lasów, skał, szlaków turystycznych. Miejsce, gdzie granica z Czechami biegła przez las, bez płotów, bez strażników, bez kamer.

Skręcił w boczną drogę. Las gęstniał z każdym kilometrem. Droga wspinała się - serpentyny, zakręty, coraz węższy asfalt. Za oknami świerki i buki, skalne urwiska, strumienie spływające ze zboczy.

CB radio trzeszczało.

- ...helikopter nad Kudową, chyba szukają tego gościa...

- ...w telewizji mówili, że mają sprowadzić drona z termowizją...

- ...no niezłe debile, przecież jest szczyt sezonu, wszędzie pełno turystów, to jak tym dronem go wytropią...

Turyści. Sobotnie popołudnie. W Górach Stołowych o tej porze pełno ludzi - wycieczki szkolne, rodziny z dziećmi, grupy emerytów. Wszyscy z telefonami. Potencjalni świadkowie.

Ale turyści oznaczali tłum, w którym można się ukryć. Parking pełen samochodów, gdzie jeden więcej nie zwróci uwagi.

Parking w Karłowie był pełny. Samochody w dwóch rzędach - osobówki, busy, kampery. Ludzie chodzili między nimi, wracając z wycieczek lub dopiero się na nie wybierając. Dzieci biegały między autami.

Jacek zaparkował Mastera na końcu, przy samym lesie. Wysiadł.

Nikt na niego nie patrzył. Był jednym z wielu - zmęczony turysta przy swoim busie.

Telefon.

Jacek wyjął smartfona z kieszeni. Wiedział, jak działa śledzenie - Instruktor mu tłumaczył, miesiące temu, w czacie na Minecrafcie. Telefon osobisty to alibi. Telefon roboczy to komunikacja. Nigdy razem. Nigdy w tym samym miejscu. Ale teraz nie miał dwóch telefonów. Miał jeden. I ten jeden nadawał sygnał do każdej stacji bazowej w promieniu kilometrów.

Powinien go wyrzucić. Ale na telefonie był portfel kryptowalutowy. Kilkadziesiąt tysięcy złotych - wszystko, co miał. Klucz prywatny. Jeśli wyrzuci telefon - zostanie bez grosza.

Muszę przenieść krypto na kartę SD. Wyeksportować klucz, zapisać offline.

Ruszył w las.

Szlak turystyczny prowadził przez świerkowy bór, stromy i kamienisty. Jacek szedł szybko, omijając grupy turystów, unikając kontaktu wzrokowego.

Po kilku minutach znalazł to, czego szukał. Wiata turystyczna - drewniana konstrukcja z ławkami i stołem, przy rozwidleniu szlaków. Pusta. Usiadł na ławce i wyjął telefon.

Ręce mu drżały, gdy go włączał. Ekran rozświetlił się - dziesiątki powiadomień, nieodebrane połączenia, wiadomości. Zignorował.

Otworzył portfel kryptowalutowy. Znalazł opcję eksportu klucza prywatnego. Kliknął. Hasło - wpisał drżącymi palcami. Karta SD jako miejsce docelowe - ta sama, na której miał kontener VeraCrypt z printscreenami i zdjęciami.

Eksport trwał dziesięć sekund. Każda jak godzina. Komunikat: „Klucz prywatny został wyeksportowany”.

Wyjął kartę SD i schował ją głęboko w kieszeni kurtki.

Wtedy zobaczył.

Przeglądając telefon, żeby się upewnić, że wszystko zostało przeniesione, otworzył galerię zdjęć. Pusta. Całkowicie, absolutnie pusta. Nawet zdjęcia z dziś. Zdjęcia z wczoraj.

Otworzył historię lokalizacji. Pusta. Notatki. Pliki. Wszystko wyczyszczone. Telefon czysty jak świeżo sformatowany dysk. Żadnych zdjęć. Żadnych lokalizacji. Żadnych dowodów na to, co robił przez ostatnie miesiące.

Oni to zrobili. Mieli dostęp do jego telefonu. Mogli usuwać pliki, czyścić historię. Zdalnie. Cały czas.

- Myślałeś, że masz jakiekolwiek zabezpieczenie, prawda?

Jacek podskoczył na ławce.

Przy wiacie stał mężczyzna. Trzydzieści parę lat, turystyczna kurtka, plecak. W ręku pistolet. Czarny, matowy. Wycelowany prosto w twarz Jacka.

- Ręce na stół. Spokojnie.

Jacek powoli położył ręce na stole, telefon nadal w dłoni.

- Kim jesteś?

- Nieważne. - Mężczyzna podszedł bliżej, broń ani na chwilę nie drgnęła. - Ważne, że twoja przygoda się kończy. Byłeś użyteczny, Jacek. Ale teraz jesteś problemem.

- Jak mnie znaleźliście?

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

- Pamiętasz swoje pierwsze zadanie? Te współrzędne GPS, które dostałeś? Pinezka z lokalizacją, która pojawiła się na twoim telefonie?

Jacek pamiętał.

- Myślałeś, że to tylko pinezka. Prosta funkcja mapy. Ale to była bramka do instalacji aplikacji. Podobnej do Pegasusa. Słyszałeś o Pegasusie?

Jacek słyszał.

- Nasza wersja jest prymitywniejsza - przyznał mężczyzna. - Ale wystarczająco dobra.

- Dlaczego ja?

- Bo byłeś idealny. Samotny. Zdesperowany. I wystarczająco głupi, żeby nie zadawać pytań. A przede wszystkim - niewidzialny. Szary urzędnik z małego miasteczka. Byłeś idealnym mułem. Niestety się zużyłeś.

Mężczyzna podniósł pistolet wyżej, mierząc w czoło Jacka.

- Jacku, ostatnie zadanie. Napisz do dziadka krótkiego SMS-a: „Przepraszam, Andrzeju”.

Los psa. Dobrego psa, który wykonał swoją pracę, a teraz jest nieprzydatny. Zamiast zastrzyku od weterynarza - kulka między oczy.

Nagle - huk śmigłowca. Mężczyzna podniósł na chwilę głowę.

Jacek działał instynktownie.

Rzucił telefonem w twarz mężczyzny - uderzył go w nos i rozbił się o ziemię. Jacek rzucił się do przodu, chwytając rękę z bronią, przekręcając, szarpiąc.

Strzał.

Pocisk świsnął obok ucha Jacka, wbijając się w drewno wiaty.

Szarpali się - krótko, brutalnie, bez finezji. Jacek był słabszy, ale desperacja dawała mu siłę. Chwycił nadgarstek mężczyzny, wykręcił, usłyszał trzask kości.

Mężczyzna krzyknął.

Broń wypadła mu z ręki.

Jacek chwycił pistolet i strzelił.

Raz. Prosto w twarz.

Huk głuchy, jak uderzenie młotka w deskę.

Mężczyzna padł na ziemię.

Jacek stał nad nim, dysząc, z pistoletem w drżącej ręce. Twarz mężczyzny - nie było już twarzy. Czerwona masa - kości, mięso, krew.

Zabiłem człowieka.

A potem - myśl. Zimna, praktyczna. Nierozpoznawalna twarz. Podobna budowa ciała. Ubranie.

Jacek spojrzał na siebie, na swoje ubranie. Potem na martwego mężczyznę. Mogli mieć podobny wzrost. Podobną wagę. W turystycznej kurtce, z rozstrzelaną twarzą, z dokumentami Jacka w kieszeni...

Kto by rozpoznał różnicę?

Niebo pękło.

Nie stopniowo, nie z ostrzeżeniem - po prostu pękło! Grzmot uderzył tak mocno, że ziemia zadrżała pod stopami, że powietrze zatrzęsło się jak galareta! Deszcz - nie deszcz, kurwa, potop, kataklizm - woda spadała z nieba, jakby ktoś tam w górze rozwalił zbiornik, rurę, całą pieprzoną infrastrukturę boską i teraz to wszystko lało się na dół, bez sensu, bez celu, bez litości!

Jacek stał w tym potopie i czuł, jak woda wdziera się wszędzie - pod kurtkę, za kołnierz, do butów, do oczu, do ust!

Błyskawica rozświetliła las - biała, oślepiająca. Przez ułamek sekundy wszystko widoczne jak na scenie teatru: drzewa jak szkielety, wiata jak ruina, ciało na ziemi jak kupa śmieci na wysypisku. I znowu ciemność, gęstsza niż przedtem.

Grzmot - bliżej, tuż nad głową. Jacek czuł go w kościach, w zębach, w rdzeniu kręgowym.

Drony nie latały w taką burzę. Psy traciły trop w takim potopie. Ludzie chowali się pod dachami.

Jego czas.

Deszcz lał - uporczywie, metodycznie, wymywając krew z drewna wiaty, zmywając odciski palców z metalu pistoletu, rozpuszczając całą scenę jak akwarelę pod strumieniem wody.

Rozbieranie zwłok było najgorszą rzeczą, jaką Jacek kiedykolwiek robił.

Ręce mu drżały, żołądek buntował się. Ale kontynuował - mechanicznie, jak automat. Zdjął z mężczyzny kurtkę turystyczną. Założył mu swoją - tę, w której uciekł z mieszkania Kasi. Zamienił spodnie. Buty. Zegarek.

Do kieszeni zwłok włożył swój dowód osobisty. Prawo jazdy. Karty.

A na końcu - telefon. Rozbity, z pękniętym ekranem, ale nadal włączony. Z pełną baterią. Z sygnałem.

Karta SD z portfelem kryptowalutowym była bezpieczna w kieszeni kurtki martwego mężczyzny, która teraz była kurtką Jacka.

Wstał.

Ciało leżało pod wiatą - z twarzą nie do rozpoznania, w ubraniach Jacka, z jego dokumentami i telefonem. Pistolet obok - z odciskami palców mężczyzny i Jacka.

Jacek ruszył przez las, kierując się na południe. Deszcz lał strumieniami - zimny, ciężki, przeszywający ubranie do skóry. Grzmoty huczały nad głową, błyskawice rozświetlały niebo.

Granica była nieoznaczona - żadnego płotu, żadnego słupka, żadnego znaku. Tylko las po obu stronach, identyczny.

W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że jest w Czechach.

Nic się nie zmieniło. Te same drzewa, ten sam deszcz, ta sama ciemność.

Szedł dalej.

* * *

Broumov wyłonił się jak widmo. Małe czeskie miasteczko - kamienice, kościół, rynek. Prawie puste o tej porze, w tej pogodzie. Kilka świateł w oknach, kilka samochodów na ulicach.

Jacek znalazł gospodę przy rynku. Stary budynek z drewnianym szyldem i zaparowanymi oknami.

Wszedł do środka.

Ciepło uderzyło go jak fala - ciepło pieca do pizzy, ciepło ludzi. Kilku mężczyzn siedziało przy barze, pijąc piwo i rozmawiając po czesku. Telewizor wisiał na ścianie.

Jacek usiadł w kącie i zamówił piwo. Gestem - nie znał czeskiego, ale tu gest wystarczył.

Na ekranie telewizora pojawiła się twarz. Jego twarz - zdjęcie z dowodu osobistego, rozpikselowane, niewyraźne.

„...polský vrah byl nalezen mrtvý...” - mówił lektor.

Jacek nie rozumiał wszystkiego, ale rozumiał wystarczająco. Morderca. Znaleziony. Martwy.

„...podle policie spáchal sebevraždu...”

Samobójstwo.

„...policie potvrdila totožnost...”

Jacek patrzył na ekran.

Rozdział 2: Sukces

Warszawa, sobota 27 kwietnia 2024 r., godzina 23:30. Gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Minister Janusz Nowak stał przy oknie gabinetu na czwartym piętrze. Rękawy koszuli podwinięte, krawat zdjęty godzinę temu. Na Rakowieckiej pusto - taksówka, autobus nocny, nic więcej. Na biurku za jego plecami leżała teczka z czerwoną pieczęcią. Czytał ją dwa razy. Za pierwszym powoli. Za drugim szybciej, bo już wiedział, co w niej jest, i to nie pomagało.

Pukanie.

- Proszę.

Wszedł Stępień. W ręku tablet. Bez teczki, bez papierów - Stępień nigdy nie przynosił papierów, jeśli mógł tego uniknąć. Papier zostawia ślad.

- Mamy wyniki - powiedział. Stanął przy biurku, nie siadając.

- DNA?

- Tak. Materiał genetyczny ze zwłok nie zgadza się z próbką z mieszkania Wróbla. Odciski też nie. To nie jest Wróbel.

Nowak nie odwrócił się od okna.

- Kto wie?

- Laboratorium i ja. Technik podpisał zobowiązanie. Raport nie wyszedł poza wydział.

- Dobrze. Niech tak zostanie. - Nowak w końcu się odwrócił. - Siadaj, Mariusz.

Stępień usiadł. Znali się piętnaście lat.

- Panie ministrze...

- Mariusz. - Nowak podniósł rękę, otworzył teczkę i położył ją między nimi. - Raport ABW o sieciach wywiadowczych na terenie Polski. Czterdzieści trzy strony. Większość utajniona nawet przede mną. Ale jedno jest jasne - to był sabotaż. Skoordynowany, profesjonalny, wymierzony w nas. I nikt nie wie, kto za tym stoi. ABW nie wie. SKW nie wie. Nikt nie wie.

Zamknął teczkę.

- Ośmieszyli nas przed Amerykanami. Mamy zamordowaną prostytutkę w Kłodzku, pięćdziesiąt wysadzonych słupów i sieć, o której wiemy tyle, że istnieje.

- I mamy Wróbla.

- Mieliśmy Wróbla. - Nowak oparł się o fotel. - Teraz mamy ciało z dokumentami Wróbla, które oficjalnie jest Wróblem. I mamy wybór.

- Powiedzieć prawdę albo nie.

- Rano mam konferencję. Media wiedzą o ciele w górach. Wiedzą, że to poszukiwany w związku z Kłodzkiem. Za chwilę ktoś puści przeciek o sabotażu.

- To nieuniknione.

- Właśnie. Więc opcja pierwsza: mówię prawdę. Ciało nie jest Wróbla, sprawca uciekł, nie wiemy gdzie, nie wiemy dla kogo pracował, nie wiemy, czy sieć jest nadal aktywna. Media będą miały materiał na tygodnie. Opozycja będzie wrzeszczeć. Giełda się obsunie, bo inwestorzy zobaczą, że ktoś bezkarnie wysadził infrastrukturę w kraju NATO. A ci, którzy za tym stoją, dostaną sygnał, że wiemy o nich mniej, niż powinniśmy.

Stępień nie przerywał.

- Opcja druga - Nowak pochylił się do przodu - Jacek Wróbel nie żyje. Popełnił samobójstwo po namierzeniu przez służby. Był członkiem zagranicznej siatki szpiegowskiej odpowiedzialnej za sabotaż i morderstwo w Kłodzku. Sprawa zamknięta. Społeczeństwo dostaje sprawcę. NATO widzi, że Polska radzi sobie z zagrożeniami. A ci, którzy stoją za siecią, myślą, że im się udało. Że Wróbel zabrał wszystko do grobu.

- I rozluźnią się.

- Może popełnią błąd.

- A Wróbel?

- Wróbla szukamy. Cicho, bez rozgłosu. Kontrwywiad dostanie wszystko, czego potrzebuje. Ale oficjalnie Jacek Wróbel jest martwy.

Stępień patrzył na niego.

- To jest kłamstwo - powiedział.

- To jest polityka.

Nowak otworzył szufladę i wyjął drugą teczkę.

* * *

Warszawa, noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.

Narada w podziemiach. Sala z ekranowaniem elektromagnetycznym, biały szum w głośnikach, sufit z jarzeniówkami, które dawały wszystkim ten sam ziemisty kolor skóry. Przy stole sześć osób. Ludzi, których twarzy nie pokazywano w telewizji.

- Co wiemy - powiedział minister.

Kobieta po lewej - otworzyła laptopa.

- Wróbel żyje. Przeszedł granicę w rejonie Broumova, prawdopodobnie pieszo. Fotopułapki czeskich leśników zarejestrowały mężczyznę odpowiadającego rysopisowi.

- Gdzie teraz?

- Nie wiemy. Czesi są powiadomieni, ale oficjalnie dla nich sprawa jest zamknięta. Współpraca będzie ograniczona.

- A nieoficjalnie?

- Mamy kontakt z BIS. Pomogą, jeśli będziemy wiedzieli, czego szukać.

- Co z siecią?

Odpowiedział mężczyzna w wieku około 40 lat, sweter, bez krawata.

- Analizujemy sprzęt komputerowy Wróbla. Na razie prawie nic. Samotnik, mieszkał z dziadkiem. Ale jego samochód - biały Renault Master - był w każdym miejscu, gdzie podłożono ładunki. GPS z bramek autostradowych, monitoring na stacjach benzynowych. On tam jeździł. Natomiast sam ładunków nie podkładał.

- Dlaczego?

- To były małe ładunki kumulacyjne. Trzeba wiedzieć, jak to zrobić. Wróbel nie był w wojsku. Całe życie w Jaworzynie Śląskiej, nawet na wakacje nie wyjeżdżał. On był kurierem. Woził materiał na miejsce, a montowali inni.

- Czyli wiemy, że żyje, wiemy, że gdzieś się ukrywa, i poza tym nie wiemy nic.

Cisza przy stole.

- Jest jeszcze coś - odezwała się kobieta - Ciało przy wiacie. Zidentyfikowaliśmy go. Artem Bandzicha, trzydzieści dwa lata, oficjalnie pracownik budowlany z Ukrainy. Sprawdziliśmy - prawdziwy Bandzicha nigdy nie był w Polsce. Dwa lata temu zgubił dokumenty. Człowiek przy wiacie miał jednak legalne polskie dokumenty na te dane i legalny PESEL ukr. Ustalamy, kto mu je wyrobił.

- Jego powiązania?

- Pracujemy.

- Co z prostytutką? - zapytał Nowak.

- Nie wiemy, dlaczego Wróbel ją zabił. I nie wiemy, czy w ogóle ją zabił - ale wiele na to wskazuje. Mamy jej opiekuna. Gnojek, ale nic nie wie. Trzymamy go, chłopaki go przycisną, ale nie spodziewam się wiele.

Nowak przetarł twarz dłońmi.

- Podsumujmy. Sieć szpiegowska przeprowadziła sabotaż infrastruktury krytycznej. Najprawdopodobniej Ruscy, ale wykluczyć nie możemy niczego. Mamy martwą prostytutkę, uciekiniera za granicą, który wie wystarczająco dużo, żeby być cennym źródłem, ale nie dość, żeby rozwiązać sprawę. I mamy trupa o nieznanej tożsamości, który miał tego uciekiniera uciszyć i sam skończył z kulą w głowie. A może po prostu się pokłócili - tego też nie wiemy. I mamy oficjalną wersję, według której wszystko jest załatwione.

- Brzmi mniej więcej tak – potwierdził mężczyzna w w swetrze.

- Pytanie: co dalej.

Stępień podniósł rękę.

- Powołujemy grupę zadaniową. Nieoficjalną, poza strukturami. Cel: znalezienie Wróbla i przekonanie go do współpracy. Jeśli chce się odegrać na ludziach, którzy go użyli - a mamy powody sądzić, że chce - to jest nasz najlepszy atut.

- A jeśli odmówi?

- Wtedy mamy inne opcje.

Nowak milczał. Potem:

- Działaj. Ale cicho. Jeśli wyjdzie na jaw, że kłamaliśmy...

- Nie wyjdzie.

- Lepiej, żeby nie wyszło. - Nowak zamknął teczkę. - Stępień - dobierz ludzi.

* * *

Mała wieś pod Broumovem, noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.

Jacek obudził się z koszmaru. Znowu śniło mu się, że jest psem.

Usiadł na łóżku. Dwudziesta druga. Za oknem ciemność, latarnia na ulicy, mokry chodnik. Deszcz przestał padać, ale rynna jeszcze kapała.

Włączył telewizor. Czeska stacja informacyjna. Relacja z Polski. Rozpoznał twarz ministra. Na dole ekranu czeskie napisy.

„...sprawa je uzavřena... bezpečnostní složky jednaly efektivně... pachatel je mrtvý...”

Jacek siedział na łóżku i patrzył.

Kłamią. Minister wie, że ciało nie jest jego. Pewnie już sprawdzili. DNA, odciski - to kwestia godzin. Wiedzą, że żyje.

Ale kłamstwo mu pasowało. Dopóki jest oficjalnie martwy, nikt go nie szuka. Przynajmniej nie oficjalnie.

Wyłączył telewizor. Pokój pogrążył się w ciemności. Kapanie z rynny. Ruch ciężarówki na drodze za pensjonatem.

Nie był jedynym, który znał prawdę. Oni też wiedzieli. Sieć - kimkolwiek byli - wiedzieli, że ich człowiek zawiódł. Że Jacek żyje. Pewnie pozwolili, żeby oficjalna wersja poszła w świat, bo może im to pasowało. Ale to nie znaczyło, że dali spokój.

Jacek wstał i podszedł do okna. Na ulicy dwa samochody. Citroen i coś ciemnego, skoda albo volkswagen, nie widać w tym świetle.

Karta SD leżała w kieszonce kurtki wiszącej na krześle. Kryptowaluty, klucze do kontenera na Hetznerze. Screeny z Minecrafta, zdjęcia tabliczek, ślady zadań. Jedyne dowody, że sieć istnieje. Jedyne dowody, że Jacek Wróbel nie jest mordercą, tylko narzędziem.

Położył się z powrotem na łóżku. Nie zasnął.

* * *

Warszawa, późna noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.

Telefon na biurku zadzwonił. Nowak odebrał.

- Tak?

- Mamy namiar - powiedział Stępień. - Okolice Broumova. Czesi przejrzeli monitoring uliczny, wytypowali miejsce.

- Wysyłaj ludzi. Ale żywego. Martwy jest niepotrzebny.

- Zrozumiałem.

Połączenie się urwało. Nowak odłożył słuchawkę. Na Rakowieckiej przejechał autobus nocny, pusty, rozświetlony od środka.