Olgierd JAXA

Thrillery osadzone w twardych realiach

← Powrót do listy książek

Kryptonim Mirza

Cykl „Eryk Gryń” — tom 1

Opis

Pierwsza część serii, której bohaterem jest Eryk Gryń.

"Kryptonim Mirza" to gęsty thriller szpiegowski, który redefiniuje klasyczne schematy gatunku. Chłodny profesjonalizm i dbałość o techniczne detale sprawia, że opisywana intryga wydaje się niepokojąco bliska rzeczywistości. Od pierwszych stron czuć inspirację stylem najlepszych mistrzów gatunku, gdzie każde codzienne zdarzenie jest jedynie precyzyjnie zaplanowanym ruchem na wielkiej, politycznej szachownicy.

Najlepsza operacja wywiadu to ta, w której cel nie wie, że jest celem. To PsyOp — psychological operation. Nie werbują cię. Po prostu czekają, aż sam zrobisz to, czego potrzebują. Warszawski adwokat odkrywa swoje arystokratyczne korzenie. Odzyskuje rodzinny majątek. Jest szczęśliwy. Ktoś inny też. Z innego powodu. Warszawa 2017—2022. Nikt nie krzyczy. Wszyscy przegrywają. Oprócz tych, którzy znali zasady. Książka tylko dla dorosłych czytelników 18+

Informacje o książce

Liczba stron
270
ISBN
978-83-8440-973-2

Spis treści

  1. Rozdział 1 Barber
  2. Rozdział 2 Mężczyzna racjonalny
  3. Rozdział 3 Tatar
  4. Rozdział 4 Fancy Bears
  5. Zawiadomienie o naruszeniu ochrony danych osobowych
  6. Oświadczenie MyAncestry
  7. Rozdział 5 Książę
  8. Rozdział 6 Potocki
  9. Rozdział 7 Tłumacz
  10. Rozdział 8 Jajecznica
  11. Rozdział 9 Testament
  12. Rozdział 10 SMS
  13. Rozdział 11 Sojusznicy
  14. Rozdział 12 Obiekt S65
  15. Rozdział 14 Dioda
  16. Rozdział 15 Andrzej
  17. Rozdział 16 Termit
  18. Rozdział 17 Doniczki
  19. Rozdział 18 K-hole
  20. Rozdział 19 Trytytka
  21. Rozdział 20 Substancja 78
  22. Rozdział 21 Pizza
  23. Rozdział 22 Sudopłatow
  24. OD AUTORA

Darmowe rozdziały

Rozdział 1 Barber

11 września 2017 r.

- Panie mecenasie, proszę wybaczyć, ale niech pan się trochę streszcza.

Głos zmęczony, ale uprzejmy. Wyćwiczona uprzejmość człowieka, który siedzi na sali rozpraw od 8.30.

- Mam pana stanowisko na piśmie, nie trzeba go powtarzać. Mam jeszcze pięć spraw, a jest chwila opóźnienia.

Sędzia Krawczyk - koło pięćdziesiątki, łysy, w todze rozpiętej u góry, bo klimatyzacja nie działała - pochylił się nad stołem i czekał. Sala numer 114 Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia: niecałe dwadzieścia metrów kwadratowych, jedna ławka dla publiczności - pusta. Na ścianie gipsowe godło, orzeł z koroną domalowaną innym odcieniem bieli, zapewne doczepionym po osiemdziesiątym dziewiątym. Meble z lat siedemdziesiątych. Laminowany stół, krzesła z metalowymi nogami, na blacie rysy po długopisach kilku pokoleń prawników. Protokolantka - młoda blondynka, dwadzieścia lat - siedziała po lewej za komputerem i czekała razem z sędzią, aż mecenas skończy.

Mecenas nie kończył.

Krzysztof Mirzewski-Sobolewski miał trzydzieści siedem lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, brodę przystrzyżoną z chirurgiczną precyzją i wełnianą marynarkę w kolorze antracytu, która kosztowała więcej niż miesięczne wynagrodzenie protokolantki. Stał przed stołem sędziowskim i mówił. Mówił o zasadach dziedziczenia, o porządku prawnym, o interesie nieobecnego uczestnika. Mówił pełnymi zdaniami, z odpowiednią intonacją, z pauzami we właściwych miejscach.

Sprawa dotyczyła stwierdzenia nabycia spadku po dłużniku Miasta Stołecznego. Spadkodawca był winien gminie czternaście tysięcy złotych z tytułu niezapłaconego czynszu. Spadku nikt nie chciał, bo go nie było, tylko długi. Gmina złożyła wniosek, bo musiała, świetnie wiedząc, że nie ściągnie ani grosza. Krzysztof pełnił funkcję kuratora nieznanego z miejsca pobytu uczestnika - syna tego jegomościa, pijaka tak jak jego ojciec, który musiał mieć swojego reprezentanta w postępowaniu, bo tego wymagał kodeks.

A Krzysztof mówił dalej. Protokolantka patrzyła na niego z wyrazem twarzy osoby, która nie wie, czy ma się nudzić, czy podziwiać.

Skończył. Ukłonił się lekko, zebrał teczkę ze stołu i wyszedł z sali. Drzwi zamknęły się za nim z miękkim kliknięciem.

* * *

Sędzia Krawczyk odczekał trzy sekundy. Odchylił się na krześle. Wypuścił powietrze przez nos.

- Pani Ewo, pan mecenas myślał, że to Sąd Najwyższy jest.

Protokolantka zachichotała, zakrywając usta dłonią. Sędzia też się uśmiechnął - tak jak uśmiechają się ludzie, którzy przez trzydzieści lat pracy w sądzie widzieli już wszystko.

- Niech pani otworzy okno żeby te perfumy wywietrzyć.

Ewa wstała i otworzyła okno. Do sali wpadło rześkie wrześniowe powietrze Warszawy i śladowy zapach spalin z Marszałkowskiej. Sędzia wyciągnął spod blatu kanapkę zawiniętą w torebkę foliową i odgryzał kęsy, czytając akta następnej sprawy.

* * *

Korytarz w nowszej części budynku był inny niż sale rozpraw. Wyremontowany kilka lat wcześniej z funduszy norweskich. Jasna podłoga, ściany w kolorze łososiowym, drzwi szklane wyklejone lustrzaną folią.

Krzysztof stanął przed jednymi z tych drzwi i poprawił włosy.

W odbiciu - przystojny mężczyzna. Gęsta broda, włosy zaczesane do tyłu na żel, ani jeden nie odstawał. Koszula z wąskim kołnierzykiem, złote spinki do mankietów. Skórzana teczka w lewej ręce, na nadgarstku chłodny ciężar IWC Schaffhausen.

Trzydzieści siedem lat i nadal robię wrażenie. Dobrze.

Ruszył korytarzem. Minął staruszkę z plastikową teczką, która pytała ochroniarza, gdzie jest sala 203. Minął młodego chłopaka w za dużym garniturze - pewnie aplikant, sądząc po tym, jak nerwowo ściskał segregator. Minął automat z kawą, przy którym dwóch adwokatów rozmawiało półgłosem. Nikogo nie pozdrowił.

Od adwokata wymagany jest artyzm. Nawet kiedy sprawa jest o pietruszkę. Nawet kiedy sala jest pusta, a sędzia marzy o kanapce. Rzemieślnik robi swoje i idzie do domu. Artysta - nigdy. Każde wystąpienie jest występem, każdy występ musi być doskonały. Ten sędzia - jak on się nazywał, Krawczyk? - patrzył na mnie jak na wariata. Trudno. Przodkowie tego Krawczyka pewnie hodowali świniaki na wsi pod Radomiem. Nie ma ogłady, żeby pracować w Warszawie. A przynajmniej nie ma ogłady, żeby docenić tych, którzy ją mają.

Wychodząc z budynku, Krzysztof nie zauważył kartki przyklejonej do drzwi: „Z powodu awarii klimatyzacji sale 112–118 mogą być niedostatecznie wentylowane. Przepraszamy za utrudnienia."

Perfumy, które sędzia kazał wywietrzyć, to Tom Ford Oud Wood. Sto pięćdziesiąt mililitrów za tysiąc dwieście złotych.

* * *

Zakład nazywał się „Broda i Brzytwa" i mieścił się na Mokotowskiej, w kamienicy z końca dziewiętnastego wieku, której parter przerobiono na ciąg lokali usługowych: kwiaciarnia, piekarnia rzemieślnicza, coś co nazywało się „Studio jogi i świadomego oddechu". Barber shop był piąty od lewej. W środku: trzy fotele, ściany z czerwonej cegły, w tle muzyka jazzowa. Pachniało olejkiem sandałowym.

Krzysztof siedział w fotelu numer dwa, z głową lekko odchyloną do tyłu. Damian - jego stały barber - podcinał mu brodę maszynką, delikatnie przechylając mu głowę dłonią. Lustro naprzeciwko odbijało operację z precyzją transmisji chirurgicznej.

- Panie mecenasie - odezwał się Damian, nie odrywając wzroku od brody - słyszał pan, że jest taka strona, na której można sobie sprawdzić geny przodków?

Krzysztof uniósł lekko brew. Na tyle, na ile pozwalała pozycja głowy i brzytwa w pobliżu szczęki.

- To ciekawe. Niech pan mówi.

- Ja sobie to zrobiłem. Była promocja wakacyjna, kosztowało z pięćdziesiąt euro z wysyłką. Wystarczy takim patyczkiem ślinę potrzeć po policzku i wysłać.

- I co panu wyszło?

Damian uśmiechnął się z dumą człowieka, który właśnie zdradza doskonały wynik badania lekarskiego.

- Czterdzieści pięć procent Skandynawa.

- Faktycznie - Krzysztof przyjrzał mu się w lustrze - wygląda pan jak wiking.

Obaj się roześmieli. Był to śmiech dwóch mężczyzn w barber shopie: łatwy, niezobowiązujący, oparty na komplementach, które nic nie kosztują, a dają obu stronom poczucie, że świat jest w porządku.

- A jak ta strona się nazywa?

- MyAncestry.

Damian wrócił do brody. Maszynka bzyknęła dwa razy. Krzysztof patrzył w lustro.

MyAncestry. Pięćdziesiąt euro. Patyczek i ślina.

Nic więcej nie powiedział na ten temat. Rozmowa przeszła na mecz Legii, potem na nową restaurację przy Wilczej, potem na klienta, który przyszedł tydzień temu z wydrukowanym zdjęciem Davida Beckhama i poprosił o tę samą brodę, choć miał zarost jak piętnastolatek.

Krzysztof zapłacił - sto dwadzieścia złotych, napiwek dwa razy tyle co zwykle - i wyszedł na Mokotowską. Było ciemno. Latarnie zapaliły się chwilę temu.

Na przystanku wyjął telefon. Wpisał w Google: „MyAncestry test DNA Polska". Pierwsza strona - reklama. Druga - recenzja na jakimś blogu. Trzecia - filmik na YouTube, półtora miliona wyświetleń: „Zrób test DNA - wyniki mnie ZSZOKOWAŁY!"

Nacisnął „Kup teraz". Nie obejrzał filmiku. Nie przeczytał recenzji. Wpisał dane karty w dziesięć sekund, bo znał je na pamięć - jak każdy człowiek, który dużo kupuje w internecie i mało zastanawia się nad tym, co kupuje.

Zestaw miał dotrzeć w ciągu pięciu dni roboczych.

Autobus 222 nadjechał trzy minuty później. Krzysztof wsiadł i usiadł przy oknie. Przez szybę widział swoje odbicie na tle nocnej Warszawy - światła, ciemność, i twarz mężczyzny, który właśnie wydał 50 euro, żeby dowiedzieć się, kim jest.

Rozdział 2 Mężczyzna racjonalny

Apartament numer 37 na czwartym piętrze budynku przy Wroniej 45 miał siedemdziesiąt dwa metry kwadratowe, dwa pokoje, loggię z widokiem na zachód i wykończenie, które deweloper nazywał w folderze „standardem premium". Krzysztof kupił go trzy lata temu, na kredyt prawie miliona złotych, ale o tym nie mówił. Mówił: mieszkam na Wroniej. Cóż, że trzy czwarte jego dochodów szło na spłatę tego mieszkania.

Wronia 45 - jeden z tych nowych apartamentowców na Woli, które wyrosły w ciągu dekady na miejscu dawnych magazynów i warsztatów. Szklana fasada, lobby z recepcją, podziemny garaż, siłownia na parterze, w której Krzysztof nigdy nie był, bo chodził do lepszej. Budynek stał w cieniu wieżowca Warsaw Spire, co deweloper przedstawiał jako atut lokalizacji, a co w praktyce oznaczało, że słońce wchodziło do salonu dopiero po czternastej.

W środku - to, czego można się spodziewać po trzydziestosiedmioletnim adwokacie, który żyje sam i zamierza tak żyć dalej. Szara kanapa narożna, na niej dwie poduszki dekoracyjne ułożone symetrycznie. Stolik kawowy - szkło i metal, na nim nic. Telewizor pięćdziesiąt cali zamontowany na ścianie. Kuchnia otwarta, blat z konglomeratu, na blacie ekspres do kawy DeLonghi i jedna - jedna - filiżanka do espresso. Łazienka z prysznicem walk-in, na półce: żel, szampon, olejek do brody, maszynka. Żadnego różowego ręcznika. Żadnej suszarki, która nie należy do niego. Żadnego tamponu w szufladzie. Żadnych śladów istnienia drugiego człowieka. W sypialni łóżko dwuosobowe zasłane na kant, dwie poduszki - obie jego. Na szafce nocnej książka i szklanka wody.

Był 30 września 2017 roku, sobota, godzina jedenasta rano. Krzysztof pracował w domu.

Siedział przy biurku w salonie - skandynawski dąb, dwa tysiące czterysta złotych, IKEA, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć - przed otwartym MacBookiem Pro. Na ekranie dwa okna: po lewej dokument w Wordzie, pozew o zapłatę, sześć stron, brakuje dwóch akapitów w uzasadnieniu. Po prawej Lex Omega, komentarz do artykułu 471 Kodeksu Cywilnego. W tle, przysłonięte, trzy karty w Safari: poczta, Facebook, portal z garniturami.

Powiadomienie. Dźwięk przychodzącego maila.

Krzysztof zerknął na pasek. Nadawca: MyAncestry. Temat: „Your DNA results are ready!"

Pozew mógł poczekać.

* * *

Otworzył maila. Kliknął w link. Strona ładowała się trzy sekundy - trzy sekundy, podczas których Krzysztof poczuł coś, czego nie czuł od dawna, może od wyników egzaminu adwokackiego: zniecierpliwienie graniczące z podnieceniem.

Wyniki wyświetliły się na kolorowej mapie świata. Dwa główne segmenty, dwa kolory.

Europa Wschodnia: 62%.

Azja Centralna: 28%.

Krzysztof patrzył na mapę. Europa Wschodnia - dobrze, tego się spodziewał. Ale Azja Centralna? Co to w ogóle znaczy? Kazachstan? Mongolia? Chiny ?

Spodziewał się czegoś innego. Czegoś precyzyjnego. Dwadzieścia procent Francuz, piętnaście procent Niemiec, może jakiś ślad włoski albo hiszpański - coś, co można byłoby opowiedzieć przy winie, coś eleganckiego. Azja Centralna brzmiała jak wynik losowania w loterii, w której nie chciał brać udziału.

Otworzył Google. Wpisał: „MyAncestry Central Asia meaning".

Pierwsze forum - anglojęzyczne, Reddit. Ktoś pisał to samo co on: dostałem 30% Central Asia, co to znaczy? Odpowiedzi: „to może być wszystko od Turcji po Syberię", „MyAncestry ma słabą bazę referencyjną dla tego regionu", „musisz sprawdzić haplogrupy".

Drugie forum - polskie, Odkrywca.pl. Wątek sprzed roku: Mam 25% Azja Centralna - czy jestem Tatarem? Osiem odpowiedzi. Dwie poważne, trzy żarty o Czyngis-chanie, reszta się kłóciła o politykę.

Trzecie - blog jakiegoś AmErykanina, który opisywał swoje wyniki z pięciu różnych serwisów i za każdym razem dostawał coś innego.

Krzysztof zamknął wszystkie karty. Usiadł prosto. Wziął łyk kawy - była już zimna.

50 euro za informację, że jestem w sześćdziesięciu paru rocentach stąd, skąd wiedziałem, że jestem, a w trzydziestu procentach skądś, nie wiadomo skąd.

Ale było jeszcze jedno słowo, które powtarzało się na każdym forum: haplogrupy. Haplogrupy Y-DNA - linia ojcowska, przekazywana z ojca na syna, niezmieniona od tysięcy lat. To podobno było precyzyjne. To podobno coś znaczyło.

Wrócił na MyAncestry. Konto, ustawienia, dane surowe. Znalazł przycisk: „Download Raw DNA Data". Plik CSV, trzydzieści megabajtów, pobrany w osiem sekund.

Otworzył go. Kolumny liczb, liter, współrzędnych - nic z tego nie rozumiał. Wyglądało to jak kod źródłowy napisany przez kogoś, kto pisał wyłącznie dla maszyn.

Google: „haplogroup analysis from raw dna data".

Trzeci wynik: MorleyDNA.com.

Strona wyglądała, jakby ktoś ją zbudował w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku i od tamtej pory nie tknął. Białe tło, czarna czcionka Times New Roman, linki w kolorze niebieskim podkreślone na fioletowo. Żadnego logo, żadnej grafiki, żadnego designu. Formularz na środku strony: „Upload your raw DNA file here."

Krzysztof przesłał plik CSV. Strona wyświetliła komunikat: „Your results will be sent to your email address. Processing time: 24–72 hours."

Zamknął laptopa. Wrócił do pozwu. Napisał brakujące dwa akapity w dwadzieścia minut.

* * *

Ten sam dzień. Sobota. Dwudziesta druga.

Krzysztof leżał na kanapie w szarych dresach i czarnym t-shircie - strój, w którym nikt nigdy go nie widział i w którym wyglądał jak każdy inny facet pod czterdziestkę, pozbawiony marynarkowej zbroi. Na stoliku szklanka whisky, Glenfiddich 18, nalana na dwa palce. Na kolanach książka.

„The Rational Male” Rollo Tomassiego.

Był w połowie rozdziału czwartego - tego o „żeńskim imperatywie". Tomassi pisał z precyzją inżyniera, który rozbierał ludzkie relacje na części pierwsze i układał je z powrotem według schematu, w którym nie było miejsca na romantyzm. Krzysztof czytał to z przyjemnością człowieka, który znajduje w tekście potwierdzenie tego, co sam dawno wiedział, ale nie umiał jeszcze nazwać.

Odłożył książkę. Odblokował telefon.

Na ekranie - powiadomienie z aplikacji randkowej. Nowe dopasowanie. Krzysztof stuknął palcem.

Magda. Trzydzieści dwa lata. Menadżerka w korporacji na Domaniewskiej. Na pierwszym zdjęciu - z kieliszkiem prosecco na jakimś dachu, zachód słońca, filtry. Na drugim - z buldogiem francuskim na rękach, ten sam filtr. W opisie cytat przypisywany Marilyn Monroe: „If you can't handle me at my worst, then you don't deserve me at my best."

Krzysztof parsknął śmiechem.

Magda, lat trzydzieści dwa. Korporacja na Domaniewskiej. Prosecco i buldog - dwa najdroższe hobby w Warszawie po Legii i kokainie. Cytat z Marilyn w biogramie - to powinno być oflagowane przez algorytm jako sygnał ostrzegawczy.

Zamknął aplikację. Pociągnął łyk whisky.

Hipergamia to bezlitosna suka, a ja siedzę na szczycie łańcucha pokarmowego. Trzydzieści siedem lat, własna kancelaria, apartament na Woli, garnitury szyte na miarę. Dla kobiet takich jak Magda jestem planem emerytalnym. Złotym spadochronem. Facetem, który ma zapłacić rachunek za ostatnią dekadę zabawy z barmanami, instruktorami fitnessu i DJ-ami z Placu Zbawiciela - chłopakami bez niczego poza dobrą linią szczęki i chwilą emocji. Teraz, po trzydziestce, kiedy uderzyły w ścianę i zaczęły słyszeć tykanie zegara biologicznego, nagle sobie przypomniały, że status, garnitur i konto bankowe są jednak seksowne.

A ja mam im za to podziękować.

Nie odpisał Magdzie. Nie zamierzał. Nalał drugą szklankę Glenfiddicha. Na ekranie telewizora - Discovery Channel, wyciszony. Lew pożerał zebrę w zwolnionym tempie. Metafora nasuwała się sama i Krzysztof nie miał ochoty jej odrzucać.

* * *

Dwudziesta trzecia czterdzieści.

Powiadomienie. Dźwięk maila.

Krzysztof spojrzał na telefon jednym okiem - był na trzeciej szklance whisky i drugim rozdziale Tomassiego o „plate theory". Nadawca: MorleyDNA. Temat: „Your Y-DNA Haplogroup Analysis."

Usiadł. Otworzył maila.

Analiza zajmowała jedną stronę. Tekst po angielsku, suchy, techniczny, bez kolorowych map i ładnych grafik. Na samym środku, pogrubiony:

Y-DNA Haplogroup: C-M217 (C2)

Pod spodem nota: „Formerly classified as C3. This haplogroup is most commonly found in Central and East Asian populations, with the highest frequencies among Mongolian, Kazakh, and other Altaic-speaking peoples."

Krzysztof patrzył na ekran. C-M217. C2. Nic mu to nie mówiło. Wpisał w Google: „haplogroup C-M217 meaning".

Pierwsza strona - Wikipedia, artykuł w języku angielskim. Czytał powoli, bo whisky zaczynała rozmywać krawędzie liter.

Druga strona - artykuł naukowy, którego tytułu nie mógł do końca przeczytać, ale w abstrakcie było jedno słowo, które rozumiał.

Genghis.

Trzecia strona - National Geographic. Artykuł popularnonaukowy. I tam już było napisane wprost:

Haplogrupa C-M217, a w szczególności jej podgałąź znana jako „Star Cluster", jest statystycznie powiązana z linią genetyczną Czyngis-chana. Szacuje się, że około szesnastu milionów żyjących dziś mężczyzn nosi ten chromosom Y.

Krzysztof odłożył telefon. Wziął szklankę. Dopił. Nalał trzecią. Albo czwartą - przestał liczyć.

Czyngis-chan.

Jestem potomkiem Czyngis-chana.

W prostej linii męskiej. Ojciec na syna, ojciec na syna, przez osiemset lat, z mongolskiego stepu, przez cokolwiek się działo po drodze, aż do Krzysztofa Mirzewskiego-Sobolewskiego, adwokata mieszkającego przy ulicy Wroniej w Warszawie.

Wstał z kanapy. Podszedł do okna. Warszawa leżała w dole - światła, bloki, wieżowce, ciemność Wisły gdzieś na wschodzie. Szesnaście milionów mężczyzn na świecie nosiło ten sam chromosom. Ale ilu z nich o tym wiedziało? Ilu z nich stało teraz przy oknie z whisky w ręce i czuło to, co on?

Wrócił na kanapę. Otworzył Facebooka. Wpisał w wyszukiwarkę: „haplogroup C-M217". Trzy grupy. Pierwsza - „Haplogroup C-M217 and Subclades", dwa tysiące członków, posty po angielsku, mongolsku i turecku. Druga - „DNA Genealogy Central & East Asia", pięćset członków. Trzecia - „Polskie Korzenie Genetyczne", siedem tysięcy członków, posty po polsku.

Dołączył do wszystkich trzech.

W „Polskich Korzeniach Genetycznych" napisał pierwszy post o pierwszej w nocy, po czwartej albo piątej szklance Glenfiddicha:

„Cześć, dopiero zaczynam przygodę z genealogią genetyczną. Moja haplogrupa Y-DNA to C-M217 (C2). Czy ktoś w Polsce ma to samo? Chętnie porozmawiam."

Trzy polubienia przed drugą w nocy. Jeden komentarz: „Witamy w klubie, pisz prywatnie."

Krzysztof zasnął z telefonem na piersi, przy wyciszonym telewizorze, na kanapie za trzy tysiące złotych, w mieszkaniu bez śladu drugiego człowieka, w budynku, który stał w cieniu Warsaw Spire.

Na stoliku obok - pusta butelka po Glenfiddichu, dwa telefony (służbowy i prywatny), The Rational Male z założoną zakładką i ekran laptopa z kolorową mapą MyAncestry, na której dwadzieścia osiem procent jego krwi świeciło na żółto w miejscu, o którym jeszcze rano nie wiedział nic, a teraz wiedział o nim to, co zmieni jego życie.

Ale o tym jeszcze nie wiedział.

Rozdział 3 Tatar

Obudził się o jedenastej z ciężką głową i suchymi ustami.

Leżał na kanapie. Telewizor był włączony - niedzielny poranek na Discovery, coś o rekinach, wyciszony. Na stoliku szklanka z resztką alkoholu na dnie, butelka Glenfiddicha pusta, dwa telefony, laptop z wygaszonym ekranem, „The Rational Male” z zakładką na „plate theory". W powietrzu stęchły zapach whisky, który wydostał się z niego w nocy przez pory skóry.

Krzysztof usiadł. Zamrugał. Przetarł twarz dłońmi.

Co ja wczoraj robiłem?

Pamiętał wyniki MyAncestry - sześćdziesiąt dwa procent Europa Wschodnia, to tak, to pamiętał. Pamiętał MorleyDNA. Pamiętał literę C i jakiś numer. Pamiętał słowo, które pojawiło się na ekranie gdzieś między trzecią a czwartą szklanką.

Czyngis-chan. Tak. Jestem potomkiem Czyngis-chana.

Uśmiechnął się mimowolnie. Potem przypomniał sobie Magdę - prosecco, buldog, Marilyn Monroe - i zaczął się śmiać. Śmiał się sam, na kanapie, w pustym mieszkaniu, w niedzielny poranek, z twarzą dwudniowego kaca i rozbawienia, którego nie potrafił wytłumaczyć nikomu, bo nie miał komu.

Magda, trzydzieści dwa lata, fundusz emerytalny z Domaniewskiej. A ja, potomek imperatora, który podbił pół świata. Nie, Magdo. Nie odpisuję. Nie dzisiaj. Nie tobie.

Wstał. Wypił dwie szklanki wody. Włączył ekspres, espresso podwójne. Jutro poniedziałek, sąd okręgowy, sprawa Zaremby przeciwko Nowickiemu, dwadzieścia milionów złotych wps - najważniejsza rozprawa tego kwartału. Musi przeczytać dokumenty. Pięćset stron akt, z czego połowę widział, a drugą zamierzał przejrzeć do wieczora. Z czegoś trzeba spłacać hipotekę.

Wziął prysznic. Ubrał się w dresy, ten sam czarny t-shirt co wczoraj. Usiadł przy biurku. Otworzył akta.

Powiadomienie z Facebooka.

Krzysztof zerknął na telefon. Prywatny - ten od randek i tych rzeczy, o których klienci nie wiedzieli. Konto: Praetor Unplugged. Bez zdjęcia profilowego, bez nazwiska, bez powiązania z mecenasem Mirzewskim-Sobolewskim. Tak trzeba, kiedy człowiek pisze po nocach na forach, o których nie chciałby mówić na zebraniu izby adwokackiej.

Wiadomość od: Jan Korczak.

Otworzył.

„Witaj w tatarskim klubie, kuzynie z linii C2. Widzę po twojej haplogrupie, że obaj mamy w żyłach krew zdobywców, a nie niewolników. Jeśli chcesz pogadać, to się odezwij."

Krzysztof patrzył na ekran. Przeczytał jeszcze raz. „Krew zdobywców, a nie niewolników." Szesnaście słów od nieznajomego i serce podskoczyło mu do gardła - nie dlatego, że było to mądre zdanie, tylko dlatego, że ktoś je do niego napisał.

Potem przyszła druga myśl, trzeźwa i zimna jak woda z kranu, którą pił pięć minut temu.

Spojrzał na nazwę konta. Praetor Unplugged. Sprawdził - zdjęcie profilowe: rzymski orzeł na czarnym tle. Zero prawdziwych znajomych. Posty: zero publicznych.

Całe szczęście. Całe szczęście, że to nie konto „adwokat Krzysztof Mirzewski-Sobolewski, partner w kancelarii MWS Legal". Całe szczęście, że pisał o haplogrupach jako Praetor, a nie jako mecenas, który jutro ma stanąć przed sądem okręgowym w sprawie za dwadzieścia milionów.

Odłożył telefon. Odpisze kiedy indziej.

Wrócił do akt. Przeczytał osiemnaście stron. Na dziewiętnastej złapał się na tym, że od dwóch minut myśli o Czyngis-chanie.

* * *

Poniedziałek, godzina dziesiąta. Sąd Okręgowy w Warszawie, aleja Solidarności. Sala większa niż ta w Śródmieściu - ławy dla publiczności na trzydzieści osób. Trójka sędziów. Przewodnicząca: kobieta po pięćdziesiątce, okulary w ciemnej oprawie, wyraz twarzy osoby, która lubi zaczynać punktualnie.

Krzysztof siedział po prawej stronie, obok swojego klienta - Tomasza Zaremby, przedsiębiorcy budowlanego z Piaseczna, mężczyzny w źle dobranym garniturze i z twarzą kogoś, kto nie rozumie, dlaczego to wszystko trwa tak długo i tyle kosztuje. Po drugiej stronie - pozwany. Maciej Nowicki, deweloper, czterysta pracowników, trzy inwestycje w toku, twarz znana z okładki Forbesa.

Ale Krzysztof nie patrzył na Nowickiego.

Patrzył na adwokata Nowickiego.

Siedział po drugiej stronie sali - wyprostowany, spokojny, z rękami złożonymi na blacie. Nie mówił. Nie musiał. Obok niego siedział młodszy prawnik z jego kancelarii, który zadawał pytania, prowadził przesłuchanie, cytował paragrafy. Sam - siedział. Patrzył. Obecnością wypełniał salę jak dobrze dobrana perfuma.

Krzysztof znał to nazwisko. Znali je wszyscy. Nazwisko, które figurowało na szyldach kancelarii, w rankingach, w artykułach, na listach gości bankietów charytatywnych w Zamku Królewskim. Nazwisko, które było też nazwą ulic - dwóch w Warszawie, jednej w Krakowie, jednej w Wilnie. Ród, który był w herbarzu Bonieckiego, w archiwach Biblioteki Jagiellońskiej, w podręcznikach historii. Nie jakiś tam Mirzewski-Sobolewski, dwuczłonowe nazwisko sklejone z dwóch prowincjonalnych brzmień, żeby wyglądało na coś. Prawdziwa arystokracja. Taka, która nie musi niczego udowadniać.

Garnitur - Krzysztof ocenił w trzy sekundy. Granatowy, trójczęściowy, prawdopodobnie Kiton albo Brioni, krój neapolitański, miękkie ramiona. Droższy od jego antracytowej marynarki. Zegarek - Jaeger-LeCoultre Reverso, złota koperta, mógł kosztować tyle co mały samochód. Perfumy - Creed Aventus, nie trzeba było wąchać z bliska, Aventus wypełniał swoją stronę sali jak deklaracja własności. I broda - gęsta, przystrzyżona, ciemna - jakby lepsza wersja jego własnej brody.

On to ma, bo tak się urodził. Ja to kupuję, bo tak się nie urodziłem.

- Panie mecenasie!

Krzysztof drgnął.

- Halo, panie mecenasie, proszę o pytania do świadka.

Przewodnicząca patrzyła na niego znad okularów. Po lewej młodszy prawnik z kancelarii arystokraty odchylił się na krześle z ledwo widocznym uśmiechem. Zaremba - klient Krzysztofa - odwrócił się do niego z miną, która była mieszanką niepokoju i wyrzutu.

- Tak, przepraszam, Wysoki Sądzie.

Krzysztof wstał. Wziął teczkę. Otworzył na odpowiedniej stronie - przez sekundę nie był pewien, czy to odpowiednia strona, i ta sekunda była najdłuższa w jego zawodowej karierze.

Zadał pytanie. Potem drugie. Świadek odpowiadał. Krzysztof słuchał, notował, prowadził - mechanicznie, sprawnie, bo tego nie da się oduczyć, tak jak nie da się oduczyć jazdy na rowerze. Ale gdzieś pod spodem, pod marynarką za trzy tysiące, pod koszulą ze spinkami, pod skórą, wiedział, że przez ostatnie dwie minuty nie myślał o dwudziestu milionach złotych swojego klienta.

Myślał o gościu po drugiej stronie sali, który siedzi i nie musi nic mówić, bo jego nazwisko mówi za niego.

* * *

Przerwa. Korytarz sądu okręgowego - szerszy niż w rejonowym, z ławkami pod ścianami i automatem do kawy, który przyjmował wyłącznie monety i karty, ale nie tę kartę, którą Krzysztof właśnie przykładał.

- Nie działa? - Zaremba stał obok.

- Karty nie bierze.

- Mam drobne.

Zaremba wrzucił pięć złotych. Automat wyrzucił plastikowy kubek z czymś, co udawało cappuccino. Krzysztof podziękował - oszczędnie, tak żeby klient nie pomyślał, że pije kawę za jego pieniądze.

Zaremba poszedł do łazienki. Krzysztof usiadł na ławce. Miał ponad godzinę przerwy - nie warto się ruszać, na dojazd do kancelarii i z powrotem straciłby więcej czasu niż zyskał.

Wyjął telefon. Prywatny.

Otworzył Safari. Wpisał: „Tatarzy polska szlachta".

I wtedy się zaczęło.

Pierwszy artykuł - Wikipedia, hasło „Tatarzy polscy". Czytał szybko, palcem przewijając ekran. Tatarzy osiedlali się na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego od XIV wieku. Służyli w wojsku. Dostawali ziemię. Otrzymywali herby.

Drugi artykuł - portal historyczny, tekst jakiegoś profesora z Białegostoku. Rody tatarskie w Rzeczypospolitej: Achmatowiczowie, Kryczyńscy, Sulkiewiczowie, Buczaccy, Assanowiczowie, Koryccy, Smólscy, Bazarowscy. Wielkie majątki ziemskie na Grodzieńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Dobra, dwory, służba wojskowa od pokoleń. Szlachta - nie gorsza od polskiej, równa wobec prawa, z własnymi herbami, z własnymi meczetami, z własnymi cmentarzami.

Trzeci artykuł - blog genealogiczny. Pod koniec dziewiętnastego wieku, kiedy zabory niszczyły stary porządek, Tatarzy z tych rodów przenosili się do dużych miast. Petersburg, Wilno, Mińsk. A potem - Warszawa. W dwudziestoleciu międzywojennym tatarska elita miała swoje organizacje, swoje czasopisma, swoich oficerów w Wojsku Polskim. Generał Aleksander Sulkiewicz. Pułkownik Leon Kryczyński, wydawca „Rocznika Tatarskiego". Maciej Bajraszewski - burmistrz Nowogródka.

Czwarty artykuł. Piąty. Szósty. Krzysztof nie zauważył, kiedy minęło czterdzieści minut. Kawa w plastikowym kubku stygła na ławce obok, nietknięta.

Haplogrupa C-M217. Czyngis-chan. Tatarzy. Szlachta. Herby.

To nie jest dwadzieścia osiem procent „Azja Centralna - nie wiadomo co to znaczy". To jest konkretna historia. Konkretne rody. Konkretne nazwiska. Ludzie, którzy mieli majątki ziemskie, kiedy przodkowie sędziego Krawczyka orali cudzą glebę.

A jeśli...

Krzysztof zatrzymał się na tym „jeśli". Trzymał telefon w obu rękach, na środku korytarza sądu okręgowego, między automatem do kawy a toaletą, w garniturze za trzy tysiące złotych, z brodą przystrzyżoną dwa dni temu, z podkrążonymi oczami po nocnym piciu i z myślą, która dopiero się formowała, ale która - czuł to - będzie ważniejsza od wszystkiego, czym zajmował się do tej pory.

A jeśli to jest moje?

Z zamyślenia wyrwał go głos Zaremby, który wrócił z łazienki i stał nad nim z miną zniecierpliwionego ojca.

- Panie mecenasie, chciałem jeszcze porozmawiać o tym świadku, zanim wejdziemy z powrotem.

- Tak. Oczywiście. Proszę siadać.

Krzysztof schował telefon. W kieszeni marynarki wibrował powiadomienie - kolejny komentarz pod postem Praetora Unplugged w grupie „Polskie Korzenie Genetyczne". Nie sprawdził. Jeszcze nie.

Ale wiedział, że sprawdzi.

Rozdział 4 Fancy Bears

Sierpień 2017 roku. Komsomolski Prospekt 20, Moskwa.

Gmach dawnych carskich koszar, przebudowanych w latach trzydziestych, przebudowanych ponownie w pięćdziesiątych, i jeszcze raz na przełomie wieków - za każdym razem bez zmiany fasady, bo fasada miała wyglądać tak, jakby budynek nikogo nie interesował. Szary tynk, pęknięty w trzech miejscach, naprawiony w żadnym. Żeliwna brama - czarna, masywna, z herbem, który ktoś kiedyś zamalował, a który i tak przebijał przez farbę jak tatuaż przez skórę. Podwórze wyłożone betonowymi płytami, w szczelinach między którymi rosły chwasty - uporczywie, bezczelnie, jakby wiedziały, że nikt ich nie wyrwie, bo wyrywanie chwastów na podwórzu GRU nie figurowało w żadnym rozkazie dziennym.

Ktoś, kto przechodziłby obok, pomyślałby: ministerstwo albo archiwum. Ktoś, kto wiedziałby, co jest w środku, nie przechodziłby obok.

Gabinet na trzecim piętrze. Biurko - dębowe, ciężkie, z czasów, kiedy biurka były meblami, a nie blatami na nogach. Na biurku - trzy telefony, teczka, szklanka herbaty w koszulce. Za biurkiem - pułkownik Iwan Pietrowicz Sobolew.

Sześćdziesiąt lat. Łysa głowa - nie ogolona, łysa, z tym połyskiem, który mają czaszki mężczyzn, którzy przestali udawać, że mają włosy, i odkryli, że bez nich wyglądają groźniej. Twarz kwadratowa, z nosem, który ktoś kiedyś złamał i który zrósł się krzywo, i z oczami - małymi, szarymi, głęboko osadzonymi - które patrzyły na świat tak, jak pasterz patrzy na owce: ze spokojem, z cierpliwością i z absolutną pewnością, że to on decyduje, dokąd idą.

Sobolew nie był człowiekiem, który budził sympatię. Nie był też człowiekiem, który budził strach - przynajmniej nie ten strach, który czuje się wobec ludzi głośnych, gwałtownych, nieprzewidywalnych. Sobolew budził strach innego rodzaju: strach wobec człowieka, który myśli szybciej niż mówi, który pamięta więcej niż pokazuje i który nigdy - nigdy - nie podejmuje decyzji bez powodu.

Do gabinetu wszedł Jurij.

Kapitan Jurij Mielnikow. Trzydzieści cztery lata. Średniego wzrostu, szczupły. Twarz - trudna do opisania, trudna do zapamiętania, trudna do zidentyfikowania na fotografii. Gdyby ktoś poprosił świadka o rysopis, świadek powiedziałby: normalny, zwykły. Średni wzrost, średnia budowa, okulary, krótkie włosy. Taki sam jak tysiące mężczyzn w każdym mieście na świecie. Ale Jurij nie był taki sam jak tysiące mężczyzn - Jurij był człowiekiem, który potrafił być taki sam jak tysiące mężczyzn, co jest umiejętnością o wiele rzadszą, niż mogłoby się wydawać.

Ubrany po cywilnemu - dżinsy, marynarka, koszula bez krawata. Na nogach - buty skórzane, ale nie błyszczące, nie drogie, nie rzucające się w oczy. Buty człowieka, który dba o siebie, ale nie chce, żeby ktokolwiek to zauważył.

Usiadł na krześle naprzeciwko biurka bez zaproszenia - co oznaczało, że miał do tego prawo. W gabinecie Sobolewa były trzy krzesła dla gości. Na dwóch siadało się po zaproszeniu. Na jednym - tym bliżej okna - siadali ludzie, którzy nie potrzebowali zaproszenia. Jurij był jednym z trzech takich ludzi.

- Jurij - powiedział Sobolew. - Wymyśliłeś dojście do siedziby S65?

S65. Kryptonim, który w budynku na Komsomolskim Prospekcie 20 oznaczał polską jednostkę cybernetyczną - tę samą, o której Polacy myśleli, że nikt nie wie, gdzie jest, jak się nazywa i czym się zajmuje. Mylili się. GRU wiedziało od kilku miesięcy. Źródło - agent w polskim Ministerstwie Obrony, niskiego poziomu, nieuświadomiony, który w ramach rutynowego raportu o budżetach wojskowych podał kwotę wydaną na „modernizację infrastruktury teleinformatycznej obiektu przy ulicy Bobrowieckiej w Warszawie". Jedna kwota. Jedna ulica. Jedna nazwa. Reszta - to była kwestia pracy operacyjnej, którą GRU umiało wykonać lepiej niż ktokolwiek na świecie.

Jurij odpowiedział:

- Mam pomysł. Ale po kolei.

Sobolew czekał. Nie ponaglał - bo ponaglanie Jurija było jak ponaglanie zegara: bezcelowe i poniżej godności.

- Chłopaki z Fancy Bears mieli mi ustalić właścicieli wszystkich nieruchomości w promieniu kilkuset metrów od obiektu S65 - powiedział Jurij. - Mam te dane.

Fancy Bears - jednostka 26165, ta sama, która w dwa tysiące szesnastym włamała się do serwerów Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych, ta sama, która atakowała Bundestag, NATO i Światową Agencję Antydopingową. Chłopcy w bluzach z kapturami, z energetykami na biurkach i z umiejętnościami, które w sektorze prywatnym byłyby warte miliony, a w budynku na Komsomolskim Prospekcie były warte pensję kapitana i premię kwartalną.

Jurij się uśmiechnął. Rzadko to robił - uśmiech na twarzy Jurija był zjawiskiem, które Sobolew widział może dziesięć razy w ciągu pięciu lat wspólnej pracy.

- Oni nawet nie zauważyli włamania - powiedział Jurij. - Polacy mają system informatyczny, który nazywa się ZSIN - Zintegrowany System Informacji o Nieruchomościach. Centralny rejestr: działki ewidencyjne, numery ksiąg wieczystych, właściciele, współwłaściciele, użytkownicy wieczyści. Imiona, nazwiska, imiona rodziców, numery PESEL, informacje o śmierci, adresy zamieszkania, związki małżeńskie, własność poszczególnych działek. Wszystko. Cały kraj.

Sobolew uniósł brew. Jedną. Lewą. To był jego jedyny gest wyrażający zainteresowanie.

- Na wniosek wykonawcy, który robił im rozbudowę tego systemu - kontynuował Jurij - wystawili jeden z serwerów pod publicznym adresem. Oficjalnie do testów. Adres nie był powszechnie dostępny, nie było do niego linku z żadnej strony publicznej, serwer nie prezentował danych w sposób bezpośredni. Ale ktoś z wiedzą informatyczną - ktoś taki jak nasi chłopcy - mógł do tych danych dotrzeć. I dotarł.

- Kiedy to zamkną? - zapytał Sobolew.

- Mogą zamknąć jutro. Mogą za rok. Mogą za pięć lat. Polacy mają specyficzny stosunek do bezpieczeństwa informatycznego - zakładają, że jeśli nikt nie wie o serwerze, to serwer jest bezpieczny. To tak, jakby zostawić otwarte drzwi do mieszkania i założyć, że nikt nie wejdzie, bo nikt nie zna adresu.

- Chłopaki dalej ściągają?

- Ściągają. Niedługo będziemy mieli kopię polskich ksiąg wieczystych. Operacyjnie - bezcenne źródło. Wiemy, kto jest właścicielem czego, od kiedy i na jakiej podstawie. Wiemy, gdzie mieszkają żołnierze, sędziowie, politycy. Wiemy, jakie nieruchomości ma żona ministra obrony i ile działek kupił szef kontrwywiadu.

Sobolew pił herbatę. Powoli. Szklanka w koszulce, łyżeczka na spodku.

- I jak - masz jakiś pomysł na dojście?

Jurij pochylił się. Ręce na kolanach. Okulary zsunięte na nos - odruch, który miał od lat, odruch, który w każdym innym kontekście wyglądałby jak gest profesora, a tutaj wyglądał jak gest człowieka, który ma plan.

- Jest jedna nieruchomość. Kamienica. Kilkaset metrów od obiektu. Właściciel nie zmieniał się od lat pięćdziesiątych - nieruchomość jest w zasobie miejskim, najprawdopodobniej zarządzana przez administrację miejską. Trzeba zrobić dyskretny wywiad - kto tam mieszka, kto wynajmuje, jakie są warunki, czy jest możliwość wejścia na długi termin. Ale to musi zrobić ktoś spoza ambasady. Ktoś zupełnie czysty - tak, żeby Polacy nie zauważyli nas na etapie rozpoznania.

- Masz kogoś?

- Mam. Mój agent. Oficjalnie jest kierowcą Ubera. Wozi też jedzenie dla Glovo. Używam go tylko do takiej pracy - rozpoznanie terenu, obserwacja, fotografia. Nigdy do niczego operacyjnego. Jest czysty jak woda źródlana. Polacy nie wiedzą, że istnieje.

Sobolew odstawił herbatę. Splótł palce.

- Masz dwa miesiące na rozpoznanie i przygotowanie planu operacyjnego. Meldunki co tydzień. Pisemne.

- Tak jest.

Jurij wstał. Skinął głową. Już miał wyjść, kiedy Sobolew powiedział:

- Jurij.

- Tak, szefie.

- Kamienica to jedno. Ale żeby wejść w kamienicę, musisz mieć powód. Legalny. Taki, którego żaden kontrwywiadowca nie zauważy. Nie wystarczy wynająć mieszkanie .

Jurij stał w drzwiach. Patrzył na Sobolewa. I po raz drugi tego dnia - uśmiechnął się.

- Szefie, mam na to pomysł.

* * *

9 października 2017 roku. Godzina dwudziesta druga czasu moskiewskiego.

Pokój na drugim piętrze tego samego budynku. Inne skrzydło, inne piętro, inny świat - choć oddzielony od gabinetu Sobolewa tylko dwoma korytarzami i jednym kodem na drzwiach.

Pokój: biurko, jedna szafa ubraniowa, jedna szafa metalowa z zamkiem szyfrowym. Na biurku laptop - otwarty, z ekranem, który świecił niebiesko-biało w ciemnym pokoju. Na ścianie - nic. Ani zdjęcia, ani kalendarza, ani plakatu. Jedno okno, zasłonięte żaluzjami, przez które wpadało światło latarni z podwórza.

Za biurkiem siedział mężczyzna około czterdziestki. „Przeciętny maksymalnie" - tak brzmiała notatka w jedynym dossier, jakie o nim istniało, sporządzonym dwanaście lat wcześniej na potrzeby kadrowe. Średni wzrost, średnia budowa, twarz, którą trudno zapamiętać i jeszcze trudniej opisać. Gdyby stanął w kolejce w sklepie, nikt by na niego nie spojrzał. Gdyby usiadł obok kogoś w metrze, nikt by go nie zapamiętał. To była twarz stworzona do nieistnienia - i mężczyzna wiedział o tym, i używał tego, i był z tego dumny, na ile człowiek o takiej twarzy może być z czegokolwiek dumny.

Ubrany w sztruksową marynarkę w kolorze musztardowym, pod spodem koszula w kratę, bez krawata. Wyglądał jak wykładowca prowincjonalnego uniwersytetu, który został po godzinach, żeby sprawdzić prace zaliczeniowe. Nie był wykładowcą. Był szefem jednej z dwunastu komórek operacyjnych jednostki 26165 - tych samych Fancy Bears, o których Jurij mówił Sobolewowi dwa miesiące wcześniej.

Do pokoju wszedł młody chłopak.

Dwadzieścia kilka lat, bluza z kapturem - czarna, z logo jakiegoś hackathonu z dwa tysiące piętnastego roku - dżinsy, na nogach białe sneakersy, które w każdej innej armii świata byłyby złamaniem regulaminu mundurowego. W GRU nie były - bo GRU zrozumiało coś, czego większość armii nie rozumiała: że ludzie, którzy potrafią włamać się do serwera Pentagonu, nie noszą mundurów. Noszą bluzy z kapturami i białe sneakersy. I jeśli chcesz, żeby pracowali dla ciebie, musisz im pozwolić być sobą.

W ręce trzymał laptopa.

- Szefie, mamy to.

Postawił laptopa na biurku. Odwrócił ekran. Na ekranie - logi serwera, kolumny liczb, znaczniki czasu. Zielone linie na czarnym tle - estetyka terminala, estetyka ludzi, którzy wierzą, że interfejs graficzny jest dla amatorów.

- MyAncestry. Dziewięćdziesiąt dwa miliony adresów e-mail i zahaszowane hasła.

MyAncestry - jedna z największych platform genealogicznych na świecie. Miejsce, w którym ludzie płacili sto dolarów, żeby dowiedzieć się, czy ich pradziadek był wikingiem albo czy mają trzy procent DNA z Azji Środkowej. Miejsce, w którym miliony ludzi dobrowolnie - z entuzjazmem, z ekscytacją, z uśmiechem na selfie z wynikami - oddawały swoje DNA, swoje drzewa genealogiczne, swoje nazwiska, swoje pochodzenie etniczne, swoje adresy e-mail i swoje hasła. Bo w dwa tysiące siedemnastym roku ludzie wierzyli, że internet jest bezpieczny, że dane są chronione, że firma, która obiecuje „najwyższe standardy bezpieczeństwa", dotrzymuje obietnicy.

Nie dotrzymywała.

Mężczyzna w sztruksowej marynarce spojrzał na ekran. Nie dotknął laptopa. Nie pochylił się. Patrzył przez trzy sekundy - bo trzy sekundy wystarczały, żeby zobaczyć to, co trzeba było zobaczyć: strukturę bazy, rozmiar, format haszowania.

- Brawo. Będzie premia.

Powiedział to tonem, który nie wyrażał entuzjazmu, ale też nie udawał obojętności. Powiedział to tak, jak mówi się „brawo" człowiekowi, który wykonał swoją pracę - nie więcej, nie mniej. W budynku na Komsomolskim Prospekcie nie było owacji ani szampana. Była premia kwartalna i zdanie „brawo" od przełożonego. To wystarczało.

- A baza genetyczna? - dodał.

Chłopak w bluzie uśmiechnął się. Był to uśmiech specyficzny dla ludzi, którzy wiedzą, że zrobili coś, co miało być niemożliwe, i czekają na moment, w którym będą mogli o tym powiedzieć.

- Ściąga się. Tam jest noc - różnica sześciu godzin. Rano zauważą, że ktoś kopiuje bazę, ale damy radę. Serwery mają słabą detekcję anomalii w ruchu - kopiujemy przez rozproszone połączenia, każde z innego węzła, żaden nie przekracza progu alertu. Szacuję, że do szóstej ich czasu będziemy mieli całość.

Znowu się uśmiechnął. Mężczyzna w marynarce nie.

- Dobrze. Idź. Raport rano.

Chłopak zabrał laptopa i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho - pneumatyczny zamek, taki sam jak w każdym pokoju na tym piętrze.

Mężczyzna w sztruksowej marynarce został sam.

Przez chwilę siedział nieruchomo - w ciemnym pokoju, przy biurku, z ekranem, który zgasł, z żaluzjami, przez które wpadało światło latarni. Myślał o tym, co właśnie zdobył. Dziewięćdziesiąt dwa miliony kont. Imiona, nazwiska, adresy e-mail, hasła - i co ważniejsze: dane genealogiczne. Pochodzenie etniczne. Haplogrupy. Drzewa rodzinne. Informacje, których ludzie nie dawali nikomu - ani bankowi, ani pracodawcy, ani lekarzowi - ale dawali platformie internetowej za sto dolarów i obietnicę, że dowiedzą się, czy mają w sobie krew Czyngis-chana, czy kogoś kogo ten zamordował bez mrugnięcia okiem.

Chwycił za telefon. Aparat stacjonarny, beżowy, z tarczą - jedyny z tych w budynku, który nie był cyfrowy. W GRU cyfrowe telefony nie istniały - bo cyfrowy telefon to telefon, który ktoś może podsłuchać, a analogowy telefon z tarczą, podłączony do miedzianej linii w budynku, w którym każdy kabel biegnie przez ściany z epoki Stalina, jest bezpieczny w sposób, którego żaden szyfrowany komunikator nie zapewni.

- Jurij, chodź do mnie, jeśli możesz.

Po dwóch minutach Jurij wszedł. Usiadł na krześle . Dwa miesiące temu Jurij wysłał swojego agenta-kierowcę Ubera na Bobrowiecką, aby sfotografował każdy budynek w promieniu trzystu metrów. W tym czasie Jurij czekał - cierpliwie, spokojnie, z tą cierpliwością, która odróżnia amatorów od profesjonalistów - na jedno: na bazę MyAncestry.

- Chłopaki mają tę bazę - powiedział mężczyzna w marynarce. - Teraz działasz ty.

Jurij skinął głową.

- Musisz znaleźć pasującego figuranta. Takich ludzi w Polsce nie ma dużo. Tatarzy polscy - ilu ich jest? Kilka tysięcy? Może mniej. Zwłaszcza takich, którzy są w tej bazie. Którzy zrobili test DNA. Którzy szukają swoich korzeni. I którzy pasują do profilu, jaki potrzebujesz - wiek, zawód, charakter, podatność na manipulację.

- Rozumiem.

- Szukasz kogoś, kto chce być kimś więcej, niż jest. Kto marzy o pochodzeniu, o tytule, o nazwisku. Kto zapłacił sto dolarów, żeby dowiedzieć się, że jest potomkiem chanów - i kto usłyszawszy to, nie powie „ciekawe", tylko powie „wiedziałem". Takiego człowieka. Bo takiego człowieka nie trzeba werbować. Takiego człowieka wystarczy nakarmić.

Jurij milczał. Słuchał. Oczy za okularami - spokojne, uważne, rejestrujące.

- I jeszcze jedno, Jurij.

Mężczyzna w sztruksowej marynarce odchylił się na krześle. Po raz pierwszy od początku rozmowy zmienił pozycję ciała.

- Gratuluję ci tego pomysłu z MyAncestry. Bazy genetyczne - to był dobry strzał. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał. Nikt w tym budynku, nikt w żadnym innym budynku, nikt w żadnej służbie na świecie nie wpadł na pomysł, żeby włamać się do bazy genealogicznej po to, żeby znaleźć figuranta do operacji wywiadowczej. To jest nowa kategoria.

Pauza.

- W grudniu dostaniesz awans na majora. Sobolew za coś takiego musu dać ci awans.

Jurij nie uśmiechnął się. Nie podziękował. Wstał, kiwnął głową i wyszedł.

Mężczyzna w sztruksowej marynarce wyłączył lampę na biurku. Przez żaluzje wpadało światło latarni. Na podwórzu - betonowe płyty z chwastami. Na Komsomolskim Prospekcie - trzy samochody i autobus. O tej porze Moskwa po tej stronie rzeki była pusta.

W budynku dawnych carskich koszar, na drugim piętrze, w pokoju bez zdjęć na ścianach, na dysku serwera, który stał w szafie metalowej z zamkiem szyfrowym, była baza danych. Dziewięćdziesiąt dwa miliony ludzi, którzy oddali swoje DNA obcej firmie za obietnicę, że dowiedzą się, kim są. I jeden z tych ludzi - jeden, z Warszawy, Tatar, adwokat, który pewnego dnia otworzy wynik testu i przeczyta, że jest potomkiem Czyngis-chana - nie wiedział jeszcze, że właśnie stał się figurantem w operacji, której nie rozumiał, w budynku, o którego istnieniu nie wiedział, w kraju, w którym nigdy nie był.

Nie wiedział. Ale za kilka miesięcy - dowie się. Nie o operacji. O pochodzeniu. O chanach, o Tatarach, o nazwisku, które brzmi jak echo stepu. I będzie szczęśliwy. Bo ludzie, którzy dowiadują się, że są potomkami królów, są zawsze szczęśliwi. Nawet jeśli korona jest fałszywa.

Zwłaszcza wtedy.